Ivy idzie na koncert
z tomu Akord (1951)
Przezroczystymi serpentynami
w powietrzu, w szkle wirującym,
omotana świecącymi nutami
Ivy idzie na koncert.
Latarnie podskoczyły nad brukiem,
chodnik ćwierka i bruk ćwierka,
pod tryumfalnym lukiem
rozdygotana panienka.
W sukni nieśmiałej, powłóczystej,
w szalu złotym, w rucianym wianeczku
idzie Ivy drogą wyboistą
i jak pacierz melodie szepce.
Całe miasto w muzycznych smugach,
drzwi przezroczyste, domy wzniosłe.
Sonaty — barkarole — fuga.
Nie rozpłyń się, Ivy, nie rozpłyń.
Stroją grajkowie instrumenty
u wysokiego sufitu,
welonem spływa całun święty
na oniemiałą z zachwytu.
Jak to słodko oniemieć, jak to łatwo
w akordzie, w nazwie rozległej!
Miedzianą czerwienią zadzwoń,
skrzypku, świerszczu przebiegły.