Ale wiecie,

z tomu Poemat nielogiczny (1949)

że chyba Je niewinne dziecię
ma prawo ojcu rzec — więc Tata,
T boskie od początku świata
w sanskrycie, w grece czy w łacinie.
A Ojca imię także ginie
w epoce niby to pogańskiej.
Ojciec nie nasz jest, a turański.
Chleb obcy, od gockiego chlajb,
co się wykłada chyba ciało.
A z naszym chlebem co się stało?
Może od sitos — chleb po grecku
mięszony na lipowej niecce
albo pieczony na — sitowiu.
Sitny — nie biały, nie razowy,
i rozczyniony raz na nowiu,
na kwasie ciemnym i niezdrowym.
Wywody, powie ktoś, że mętne.
Dla mnie istotne i ponętne,
zwłaszcza że są to strzępy zwierzeń
na tle zwyczajów czy też wierzeń.
Jedno z nich oddam ku rozwadze,
chociaż wspomnienie to i przykre,
i dość intymne, lecz je zdradzę
nie szeptem, ale na głos: krzyknę.
Było to w wigilijny wieczór,
kto z nas tej słodkiej ciszy nie czul,
kiedy to z mamą albo z tatkiem
dzielił się chleba białym płatkiem
od księżycowych kręgów bledszym,
takim, jak w czasie Mszy Najświętszej
ksiądz w Ciało mocą słów przemienia,
a więc opłatkiem od dzielenia
wyciętym w regularne koło,
na szczęście, zdrowie, na wesoło,
z niezrozumiałą, tępą pasją,
dzieląc się z panną Anastazją,
nianią, co mnie wykołysała,
staruszką zasuszoną, małą,
i ukochaną przez nas wszystkich
za swą anielską przezroczystość,
wyrwawszy jej opłatek z ręki
zamiast przełamać listek cienkipytam „Antosiu, co to jest?”
Rękami rozpaczliwy gest
i milczy słodka starowinka.
„Nie pytaj” szept „kochany synku”
.
A ja, wcielenie złego ducha,
w zapamiętaniu nic nie słucham
i pytam coraz natarczywiej:
„Powiedz — powiadam mocniej, chciwiej —
nazwij ten płatek tak, jak trzeba.
Nazwijże ten kawałek chleba
kawałkiem słońca albo nieba,
nazwijże — boisz się czy nie wiesz?
Jak nie wiesz, to się nie podzielę
z tobą”
.
Ona zamknięta w sobie, drżąca,
ze łzami w oczach, aż boleśnie
szepnęła —
„Dziecko, przecież nie śmiem”
.
Nie śmiała, tak jak i nie śmieli
tamci sprzed wieków, sprzed Popieli,
wymówić —