Na cmentarzu rodzina lamentuje i krewni,
z tomu Obrona mgieł (1949)
ksiądz sutannę zabłocił i zaszargał kapę,
organiście do dołu wpadł święty modlitewnik,
grabarz rękę skaleczył i złamał łopatę.
Niewiasty zaszlochały, pienia wodzą rzewne —
ciekaw jestem, czy trumna do dołu się zmieści?
i ten wieczór wspominam, bo już wiem na pewno,
że to paw tak sołtysa śmiertelnie popieścił.
Przyleciała Honorka, blada, z sercem bijącem,
księdza pchnęła, dziedzica, co się z księdzem kumał,
po cmentarzu bezwstydnie niosła usta tęskniące
i pytała wokoło, na co sołtys tak umarł.
Nikt nie wiedział — ja mówię, że to sprawa pawia.
Ona mówi — widziałam zabłąkaną duszę —
i przez krzyże, przez ziemię zmarłego pozdrawia —
a ja pawie łopoty w piersiach siłą głuszę.
Ballada o cisawym korabiu
Piję wino ze wspomnień
zachłannie, nieprzytomnie,
popod wiatrem jak pod zimnym sklepieniem
i jak drewno płomieniem
łopocę własnym cieniem —
nic nie słychać o tobie i o mnie.
Drzewa wzrosłe koliście,
świadkowie uroczyści,
pochylcie się nad raną,
nad jej krwią się zamyślcie,
płynącą coraz czyściej
i łagodniej od wód oceanu.
Nawet wiatr, ten od zawiej,
nie zmieni nieba na bledsze,
a z nieba tyle grozy pawiej
i tęsknoty żurawiej
płynie czystym powietrzem.
Nawet Anna, choć powiła kwiaty,
grzeszne serce nieśmiało niesie —
chłodne dymy ze świata
warkoczami odmiata,
a grzech huka po lesie.
Aksamitną i wonną
truciznę powój rzuciłi miłośnie, i nienawistnie,
z rozpaczą zabobonną
Anna piersiami cuci
urodzone kwiatuszki czyste.
Żeby krwi się napiły,
krwi matczynej — bo miły
w zębach poniósł smak wina i uciech —
z bujnym wiatrem u ramion
na cisawym korabiu
w noc odpłynął i z nocy nie wrócił.