Jesień

z tomu Badyle (1932)

Brzęczą jękliwe struny w welonach babiego lata
w zmiętych deszczem ścierniskach sterczą zmarniałe kłosy
wiatr rozwleczonym chmurom mętne warkocze rozplata
na resztkach liści sinieją kropelki jesiennej rosy
śmiercią wieje z wygonów, dławi nas mgła duszna
więc śpiewamy gromadnie, ale śpiew ten rwie się
głodne wrony na polnych posiadały gruszkach
wiatr złowieszcze krakanie ponad śpiewem niesie
boimy się bo jesień chmurna jest i wietrzna
nie wiedzieć nam czy jutro i nas nie opadnie
więc spieszymy, wpatrzeni w obiecaną wieczność
a na drogach rozstajnych stajemy bezradni
Klipa nam gdzieś zginęła
palanty nam więdną
nie mamy na czym ganiać nie mamy w co walić
pierwszy raz nie skończymy zaczętego dzieła
klipa wpadła pod ten dom
jazda — dom rozwalić
Zrywamy dach i krokwie
łamiemy rękami
beton rwiemy na strzępy — przewodzi nam szyper
w piwnicach gdzie murszeje zapleśniała okwieć
nareszcie pod gruzami
znajdujemy klipę
I znowu szara nuda włóczy się po kątach
łazi po zimnych ścianach, beznadziejnie głucho,
słyszę, że w przedpokoju ktoś przekręca kontakt
i że mi po raz n-ty dzwoni w prawym uchu.
Przesłodzoną herbatę rozlewam na obrus,
tępo, bezmyślnie patrzę w popękany sufit,
wczoraj jednym kopnięciem w puch bym wszystko rozniósł,
dzisiaj po prostu nie mam ochoty się ruszyć.
Taki dzień, jeden z siedmiu, nazywam niedzielą,
już nie czekam, niczego dziś się nie spodziewam,
ciężki, bezwładny leżę w wygodnym fotelu
ziewam —15, 18
Siedzą wszędzie upiornym koliskiem peleryn,
gryzmolą białe karty kwadratowych książek
15, 18, 124,
żyją — na brudnych stołkach mnąc gumowy krążek
Bladzi i pochyleni nie marzą o niczem
dusze ich, to wystygłe przed laty kratery,
całymi dniami tylko po cichutku liczą
15, 18, 124.