Konie
z tomu Obrona mgieł (1949)
Mrok się po izbie miękko kladl.
Drewniany komin dymem bucha,
w piecu płomienna zawierucha,
w izbie pijany siedzi brat.
Okolicami mgły i miód.
Lipcowe roje ciężko wiszą,
jak gdyby przerażone ciszą,
w wieczorny zapadają chłód.
Nocą i oddech własny taję.
Igłami ciemność oczy kłują:
dokoła nocnych spraw kołują
konie spędzone nad ruczajem.
Ciężki ich galop z czterech nóg
wilgotna miedza trawą głuszy,
parskają, potuliły uszy,
jakbym się wilkiem z lasu wlókł.
Jakby po miękkiej koniczynie
do nocujących w polu koni
z głuchego boru duchem gonił
drapieżny los, co nie ominie.
Przemierzyć rozwiniętą dłonią
próbuję wieczór, który zginął —
oddając winogronom wino,
a głuchy tętent dzikim koniom.
n-t
Z tkliwością w chłodnym sercu moim,
z rozpaczą zagubionych ptaków,
na sinym niebie szukam znaków
i gorzkie usta rosą poję.
Na pochylonym w zachód dniu
słońce zapadło w zboża chłopom,
jak rozpalony, ślepy topór
w sterczącym z wrzosów płytkim pniu.
Przyszła dziewczyna jak zjawisko,
drobna, mizerna, w kwiatach cała
stanęła przy mnie, wonna, bliska,
bezwiednie stała i patrzała...
Więc mówię do niej: „patrz, nieboże!”
a ona dłońmi blask przyćmiła
i tak się cała pochyliła
i tak zachwiała się, jak zboże.
—