Lecz póki żyją, niech się wdzięczą,
z tomu Poemat nielogiczny (1949)
jak w śmierci zakochane pawie.
Albo niech lecą w świat obręczą
między spłoszone sny żurawie.
Pierś lodowata w rosie, w szronie,
wewnątrz radosnym krzykiem plonie —
i skrzydła twarde i uparte,
żagle rozprute chmurnym wiatrem —
i język ciepły i wilgotny —
pióro — dotknięcie czule, lotne —
i dziób jak żądło mądre, zimne —
klucz — wstępujący w niebo hymnem. —
O, ptaki święte, o żurawie,
czy wam się serce też tak tłucze,
jak mnie, gdym przeciął pierwsze morze
piersią okrętu tak jak nożem.
Odlatujące w niebo wierszem,
dla mnie znajome, dla mnie bliskie,
czy wiosłujące nad ścierniskiem,
czy śpiewające, wołające,
czy jak dziewczyna kołyszące
odwieczną prawdę w krwi zaklętą,
czy też nowinę w niej poczętą.
W burzy, w łopocie pilnych skrzydeł,
niezrozumiały ostry przydech
i lot szalony, nierozumny,
zapamiętały, górny, tłumny,
jak tajemniczych zaklęć znaki,
litery napisane ptakiem,
płynące po matowej płachcie,
odbite dreszczem żądz i zachceń,
rozbite kleksem po błękitach.
Lećcie — poznałem klucz — odczytam.