Leon Schiller
z tomu Poemat nielogiczny (1949)
nazwałby to albo teatrem,
albo dosadniej widowiskiem,
z tym tylko jednym zastrzeżeniem,
że sam George był aktorem
i grał jakiegoś tam poetę
czytającego własne wiersze.
A więc George będąc sobą
*
wcielał się w czasie deklamacji
w poetę jak gdyby innego,
bez przerwy jednak sobą będąc.
Myślę, że to myliło trochę
publiczność w odbieraniu słowa
i nie dawało pełnej miary
wartości lirycznego wiersza,
który George zwielokrotnił,
przed publicznością mówiąc w pustkę.
Przez oddalenie, poprzez gest,
poprzez czynniki widowiska
wiersz przyjął dramatyczny chrzest;
wiersz na tym może nawet zyskał.
A stracił kto?