Nie upraszczając

z tomu Poemat nielogiczny (1949)

zagadnienia i pamiętając,
że to są tylko śmiałe próby,
wychodzę bowiem z tych założeń,
z których Troczyński wyszedł
pisząc Próby krytyki „Pałuby”
dosadną, śmiałą, lecz w pokorze
pisaną, między Paryżem a Poznaniem...
Więc zanim wiersz się jeszcze stanie,
zbiera się, skupia w drobne ziarno,
masą bezkształtną i niezdarną
wzbudzoną prawie mimo woli,
w łańcuchach gór czy w trawach dolin
poetyckiego, rzekłbyś, wnętrza.
I teraz, jeśli jest gorętszakrew, to ziarno rośnie, puchnie,
i rzeczywistość jeśli chuchnie
z bliska, jeśli go dotknie,
to się odezwie wielokrotne
i zagra twórczym skojarzeniem.
To będzie pierwsze — tak —
wciałowstąpienie.
A w skojarzeniu błysk, olśnienie,
i nowy, świeży jakiś znak
niewymawialny ludzką mową,
ten znak powierzyć trzeba słowom,
i to jest właśnie drugie — tak —
które poeta musi wiedzieć.
I trzecie — musi je powiedzieć.
Mechanizm dość skomplikowany,
jak widać, ale są odmiany,
tak że dość trudno jest ustalać,
jak się wewnętrznie obraz scala
i jak wypływa czy wybucha.
Czasami rytm za sprawą ducha
dopowie, a czasem w rytmie
próżno szukane, nagle spadnie.
A czasem wierszem coś owładnie
i samo go przez strofy niesie.
Właściwie to niewiele wie się
o mechanizmie, mówmy, twórczym.
Jedno wydaje się być pewne,
że przestrzeń
(która rozszerza się lub kurczy
tak niezależnie, tak swoiście,
jak jednakowe w pąkach liście
rozwiną się raz w dłoń klonową,
to znów w akacji listki drobne)
tak własna jest jak osobowość.