Opowieść arabska

z tomu Akord (1951)

Oddechami zimnego lata
płynie żyto do morza z mchów
na północy siódmego klimatu,
na granicy zaklętych słów.
Tam, gdzie mchy denną wiosnę usłały,
w nawach lasów, w kościołach z traw,
rozdarł cietrzew — nie ciszę, ale całun,
i odfrunął piękniejszy niż paw.
Znów wiatr krwi — zapóźniona jagoda
w kroplach rosy drętwieje drżąc —
jagodą w jesiennych niepogodach,
błędnym ogniem na bagnie co noc.
Lniane smaki, konopny zaduch,
bób w kartoflach — na kolanach go piel.
Kto tu dojdzie z tym wszystkim do ładu,
kto spamięta, czy jęczmień czy chmiel.
Kto wie, czy zasłodzić, czy zakwasić,
kto zrozumie, czy zamówić, czy ściąć?
Jak się pali — wiadomo, że nie gasić,
coś żywego jeszcze w ogień pchnąć.
Popiołami niech się święci okolica,
zamiast deszczu niech upadnie proch —
pług przyorze pamięć po rodzicach
i węgorze znów wyjdą na groch.I przy drodze ośpiewany biały kamień
i czerwone jabłuszko na krzyż,
chmura szpaków nad samymi dachami —
stoisz w sadzie i patrzysz, i patrzysz.
Śliwy kwitną — pachnące obłoki,
w studni wiadro dosięga nieba,
rzeki płytkie, stawy niegłębokie
i brzeg suchy z czarnego chleba.
Kto się urodził na tym brzegu,
kto się wychował w tych snach,
nie zapomni ani noclegów,
ani tego, jak o świcie śpiewa piach.
No, bo piach to już tak jak nie ziemia,
a jak pył odwiany na wialni —
kurz spod kół z popiołami na przemian
pomieszane, pogodzone całopalnie.
Jeszcze wiem, że ludzie z tego kraju,
kiedy ruszą za morze okalające,
nigdy w życiu do domu nie wracają,
tylko giną od tych mórz i z gorąca.