Pieśń I
z tomu Strofy o malarstwie (1953)
W liturgicznym w magicznym ryciu
na rogu, na kości, na korze —
mozolnie, nieudolnie, lada jako
szukał człowiek egzorcyzmów i znaków
w krętej linii i w jaskrawym kolorze,
przerażony śmierciami i życiem.
Wyrysował na tarczy zaklęcia.
Znakiem zwierza śmierć odpędzał od progu.
Kolorowym rysunkiem polowań
kusił moce ogłuchłe na słowa.
Nic nie wiedząc, że nadzieją i trwogą
budzi dreszcz nie zaznany od poczęcia.
Światło ciekło do szałasów, do jaskiń.
Święte znaki w słońcu piękniały.
Poprzez świt,
kamień kwitł,
a kwiaty kamieniały
heraldycznie, mitycznie, płasko.
Bielą — złoto, miedź dzwoniła purpurą,
młody kryształ przy ogniu się rumienił,
zieleń rosła przez brąz,
srebro — wiatr z sosen trząsł.
Spadły deszcze dojrzałych jesieni
na doliny, na pustynie i w górach.