Pieśń V

z tomu Strofy o malarstwie (1953)

Ze ścian, z murów wapiennych —
za sprawą flamandzkich olejów,
spłynęły, skoczyły, zbiegły
w ramy płócien rozległych,
na sztalugi wielkich czarodziejów,
opowieści spraw wysokopiennych.
I stanęły oko w oko z niezmiernym
tłumem zbrojnym rycerskich polowań —
Z portretem księcia pana
upadłym na kolana
przed Madonną, która jak królowa
błogosławi pierwszemu wśród wiernych.
Charty pańskie i wierzchowe bułanki
idą strojnie w orszaku trzech Magów.
Z pańskiej łaskawej woli,
pan Benozzo Gozzoli,
talentami i świętą powagą
medycejskie dokarmia zachcianki.
Tłumom kupców szukających wieczności,
tłum malarzy dopomaga w pomnikach.
Gozzoli, Ghirlandaio
za złoto się wydają.
Lorenzetti, Duccio, Domenico
miny możnych przekazują potomności.I Uccello, choć on woli konie
portretować i psy gończe w lesie.
Malarz pardw i bażantów,
kotów, dzików, drabantów —
On ostatni plaski obraz poniesie
w zgiełku bitew turniejowych na błoniu.
Tli się jeszcze wizja niebotyczna
w lazurowych sumach Angelika.
U Fra Filippo Lippi
gotuje się i kipi
wiara prosta, a nieziemska muzyka
w koralowych pomnaża się liczbach.
Już Masaccio zawrotnym geniuszem
wszystko w bryłach zobaczył, w głębokościach.
Przemienił, przeobraził,
zapalił i zaraził
przestrzeniami, które rozdął i rozsiał
w wyobraźniach, w marzeniach i w duszach.
Obraz wklęsły, jak zatrute nasienie
na mistrzowskim oparty rysunku
wpełzł w malarskie widzenie.
Panoszą się przestrzenie.
Dmie przez płótno fałszywa głębia —
walorami nieznaczona, jeno cieniem.
Czy nie widzisz Pollaiuolo
lśniący magu, boski zwodzicielu,
żeś zaprzedał sam siebie
i chwałę swoją w niebie
sztucznym bryłom, a rodzinną zieleń
zamieniłeś na fiolet kąkolu.