Pieśń IX

z tomu Strofy o malarstwie (1953)

Niech ci północ oddzwoni, odżarzy,
z mroku brązów wyjawionych nagłym błyskiem.
Pełganiami, migotem,
jak nikt przedtem ni potem.
W tonie ciepłym półmrocznym, niskim,
na materii, na stali, na twarzy.
I niech słońce dociera, docieka,
przez szczeliny, przez przeziory, przez szpary,
do wnętrz bardzo stęsknionych,
zamkniętych, zatrwożonych.
W zakamarki zwątpień i niewiary —
samotnego jak obelisk człowieka.
Żeby potem w niespełna trzy wieki,
inny geniusz z tej samej niziny
sam się porwał na słońce
rozpalone, skaczące,
i na nieba pustkowiu zimnym
żółcią — kręgów słonecznych dociekał.
Przez cyprysy skłócone mistralem,
jak przez kolumn barokowych piruety,
przepłynął entuzjasta
wygnany z domu, z miasta,
niepoznany, wyśmiany — niestety —
Smutny duch napojony gorzkim żalem.