Pieśń III
z tomu Strofy o malarstwie (1953)
Żary Giotta czy Cezanne’a wzniosły chłód
też z jednego powstawały dreszczu —
z dotknięć, przelotów, mignięć
z zachwytów i rozstrzygnięć
z urody, z pogody, z deszczu
i z tych samych niepisanych nut.
Nasiąkały ściany kolorem,
mur wypijał soczyste tempery
w miejsce okien na świat
rósł porządek i ład,
budowany z wizji czystej i szczerej
wielkich cudów widzianych przez pokorę.
Mur w Asyżskim i Padewskim kościele,
gdzie niebieskość przecięta cynobrem,
ochry drzew i habitów,
biele kamiennych szczytów,
traw zielenie i szarość dobra —
ziemi siewnej — śpiewają o dziele.
Ostry gest rozpięty szatami
wprost płynący z serdecznej radości
z rozdzierających smutków,
z westchnień, z szeptów pokutnych —
oczom drogę do wiary wymości
w pierwszym planie jasnymi plamami.