Pieśń X
z tomu Strofy o malarstwie (1953)
Przemijamy jednodniówce bezskrzydli
zachłyśnięci, zakrztuszeni wielością,
zanim zdążymy krzyknąć,
już świat z oczu nam zniknął,
słońce zaszło — bielejemy kością
i straszymy małe dzieci własnym widmem.
Drzewo hańby z grobów naszych wyziera,
wbrew pogodzie, na przekór parnym nocom.
W imię czego i za co
popod rękę z rozpaczą,
umieramy podobni owocom,
którym serce zimny robak rozdziera.
Drwijmy z kul targających ludzkie łachy,
z majestatu atlasowych butnych lalek,
prawda to śmierć i groza
konopnego powroza,
śmiech szyderczy dworskich karłów i kalek
i bezczelne piersi nagiej Mai.
To bunt trzeźwy, sprawiedliwy, pobożny,
przeciw czasom niewoli i ucisku,
przeciw śliskim posadzkom,
porcelanowym cackom,
przeciw ludziom, co upadli aż tak nisko,
że człowiekiem bywał tylko wielmożny.I
I
Poussinowski, Boucherowski kotylion
pełen wdzięku tanecznego i ładu,
mitologia półgrecka,
w krynolinowych kieckach,
bukoliczne, anemiczne gadu, gadu,
wnet się skończy płonącą Bastylią.
Bo już rusza lud do Kapitolów
z wypisanym wyzwaniem na maszcie,
Delacroix na przedzie —
Sztuka ideę wiedzie.
Myślcie nad tym, na zimno rozważcie,
bo krew przecież — to czerwień — to kolor.