Pieśń XII

z tomu Strofy o malarstwie (1953)

Świat się zatrząsł, popękały tamy.
Cyklon ruszył barbarzyński i młody.
Wzorce mieszczańskich gustów
w ramach ziejących pustką,
ckliwe akty, fałszywe urody,
darł na strzępy, rozbijał na plamy.
Anarchicznie, bezwzględnie, bezładnie,
byle jak, byle tylko inaczej.
Podświadomie, podskórnie,
świeżo, młodzieńczo, górnie,
idą szturmem wiosenni podpalacze
na fortece bronione bezwładnie.
Upadł lęk na skostniałe akademie.
Nawałnica zmiotła mity z ołtarza,
runęły hierarchie,
egzarchaty i marchie.
Wyfraczeni, usztywnieni bakałarze
protestują konając na uremię.
Pękła ziemia pod takimi ciosami.
Popadały kościoły i miasta,
a na grobach konwencji,
na gruzach ekscelencji,
wizja świeża z popiołów wyrasta
rozpalona, bo wytchnięta pożarem.