Ptaki odlatujące

z tomu Badyle (1932)

Ptaki odlatujące w szlakach niedościgłe
cieniem tylko po ziemi wyznaczacie loty
cień płachta latająca, cień drgająca igła
szyje się w pełnym słońcu migotliwym pełgotem
tętni krew rozskakana, puls bębni salwami
serce w piersi nie może spokojnie usiedzieć
szybuje ława cieni, machających skrzydłami
rozwleczona w północy, szpiczasta na przedzie
w horyzont wdarł się czarny zbuntowany promień
wachlarzem niebo zajął i powiał wachlarzem
zamknął gorące słońce w ram szelestnych ogromie
i pokazał niezmierne, niekościelne witraże
Kamienie, wszystko kamienie
rzeki falą nie szemrzą, a kamienie chroboczą
gdzież ten łan chybotliwy, co się stało z cieniem
a las z łąką zajęczą już kamienieć począł
szalenie smutno nam, szalenie
twardniał sękaty pomnik, umarły jak chwila
w ostre romby z krzemienia zamówiony więzień
opadające liście stukały w badylach
i topiły się w szutrze granitowe gałęzie
już po mchu nie pójdziemy
już na mchu nie siądziemy
niezmienne
nie będziemy hukać sobie
bo nam echo nie odpowie
bo i ono kamienne
Las mnie otoczył wieńcem
zalały mnie leśne morza
las mi odebrał rumieńce
las mnie pożarł
ramiona rosochate
konary
wiąże z dębami
za bary
się biorę
z wichrami
za bary
z całym światem
w jesienną porę
w cienistym poszumie
w liści opadłych szmerze
każde słowo rozumiem
w każde westchnienie wierzę
znam pęd rwącego jelenia
co echa na wieńcach niesie
i wiem że nic się nie zmienia
w zielonym lesie* * *
Chcieli szumy wszystkoleśne uwięzić
mroczne tumy z okrąglaków wytrzebić
nastawiali suchych sągów z gałęzi
zaorali tokowiska cietrzewi
Wyrąbali mu polanę na sercu
stratowały uroczysko siekiery
ostre pniaki gromadami już sterczą
tu i ówdzie gdzieś lamencik nieszczery
Ale bór się nie zmieni
W każdym pniaku rozdzwoni
w paprociach zaszeleści
po chaszczach się rozgoni
na polanach nie zmieści
Będzie się pienił
Rozedmie konarami
rozzuchwali gdzie trzeba
aż dostanie rękami
do drewnianego nieba
I będzie cienił
Siądź nad źródłem przejrzystem
jakież ono przeczyste
i jakie świeże
przejrzyj się w stocznej wodzie
pokołysze cię szczerze
i jeszcze ochłodzi
przysiądź nad nim podumaj
nad bijącym zwierciadłem
z kumkami się pokumaj
podziel się jadłem
i pytaj się dowoli
źródło żywe odgadnie
odpowie ci co boli
co w sercu na dnie
a zielone powoje
co w brzegach mokną
pozabieraj jak swoje
i ustrój okno
będzie ci potem w domu
tak jak nigdzie nikomu
w krynicznej asyście
i będzie ci jak w źródle
czysto jasno bezludnie
świeżo — przejrzyście
Tunel w granatowej nocy
tunel z białego światła
ciemność na wylot przetoczył
noc zbladła
nie widać cieni w promieniach
a ognia szaleństwo i natłok
prą granatowe sklepienia
i runąć nie mogą w światło
droga goreje na pamięć
w wyrwie przejasny pościg
kapią po ścianach kroplami
roztopione ciemności
za jasno teraz za jasno
co chwila co szept to jaśniej
te ognie na ziemiach nie gasną
w przestrzeń pęcznieje zasięg
ustami usta uśmiercam
dłonie krępuję stalą
te ognie w obojgu sercach
krwią kipią i krwią nas palą