Rozjaśnijmy zakurzoną ulicę

z tomu Strofy o malarstwie (1953)

i lustrzane wnętrza starych barów.
Tańczą jasne afisze,
noc się w lampach kolysze.
Na ołtarzu królowa kontuarów
leje wino w ofiarne szklanice.
Cały geniusz w dotknięciu pędzla
cały zmysł, metafizyka, cały zapał,
w błysku jasnej palety
na płaszczyźnie planety,
zagubionej w przestworzach i na mapach.
Drobnej kulki, którą pycha popędza.
Ale kolor zapanował wszechwładnie.
Obraz przejrzał, wyjaśniał na czysto.
Każdym kawałkiem płótna
świeci gama rozrzutna,
farba gubi kleistość, oleistość,
kiedy plamą wymierzoną upadnie.
Rosną mistrze sztalugowych liryk,
klasycznieje sama forma, walor stężał.
Temat stygnie jak lawa,
nieważka i chropawa —
W epigonach kurczy się i zwęża.
Ustał huk, błyski przeszły i wiry.
I w tej ciszy na przedmieście wyszedł celnik.
Kram z barwnymi cudami rozłożył.
Wśród niebieskawej bieli
bajeczka o niedzieli,
straszny tygrys w kolorze krwawej zorzy,
ptaki dziwne, kwiaty sztywne, trudny zielnik.