Sen

z tomu Dalekie łąki (1935)

Nasz lichy dom tak się odrodził,
Taki dostojny wyrósł z malw,
Że biały komin w chmurach brodził,
Komin, nie komin, prawie pal.
We wszystkich oknach białe światło,
A w pokoikach huczny bal.
Przy drzwiach od ganku ścisk i natłok,
Służba i goście do dwornych sal.
Ojciec w czerwonym płaszczu
Kołuje, tokuje w pląsach,
Zaprasza, częstuje, ugaszcza.
Patrz — matka i matka w pąsach.
Po co tyle czerwieni —
Szepczemy po kryjomu.
Już się niebo rumieni
Z łuny od domu.
Po cóż tyle wesela
Mamo, mamo!
A matka patrzy na nas —
Myśli to samo.I
Kawki na wietrze
Kawki na wietrze — motyle
Lekkie, płynne, rozwiane,
Obwisłym dymom wyrwane
I uskrzydlone na chwilę.
Zawijają, lśnią, migają
Toną w wietrze, jak w fali.
Stary ruszt się zawalił,
Iskry trzeszczą — dach się zajął.* * *
W spiekocie marzeń do cienia,
Do lodowatych studzien,
Przybywajcie dobrzy ludzie
Chłodzić sny i gasić pragnienia.
I okutym wiaderkiem na sznurze
W chłód cembrowin, w głąb sięgajcie pilnie
Pusty cebrzyk trafi nieomylnie
W dno zwierciadła, jak w płytką kałużę.
Teraz zamach rozkręconym powrozem —
Tysiąc ramion na pokrętłach u wału
I warg tysiąc na oczach upału
Żar tchu zgasi, w krąg bryzgając mrozem.