Szuka w grobach neandertalskich, szuka w maskach,

z tomu Strofy o malarstwie (1953)

chciałby zacząć od samego początku.
Wszystko co było, zburzył,
połamał, skruszył, zużył.
Jądra szuka, zarodni, wątków,
żeby na nich zapalić własny paschał.
Pokazuje chemię swoich dociekań,
rzędy szkiców, kolumny widnych płócien.
Widać w nich mistrza, maga,
jak się targa i zmaga
z materiałem w ascezie, w pokucie,
w krwawym pocie płynącym cierpką rzeką.
I dochodzi do zawrotnych syntez,
formy, barw, plamy, linii, faktur, kreski.
Ucisza nawał, natłok,
kolor sącząc przez światło,
przełamuje cięciem śmiałym, zwycięskim,
martwych natur piramidy wykwintne.
Nieomylnie jedną kreską, jedną linią,
obrysował gór horyzont, kozę, dziada.
Horyzont skrzepł, zeskalał,
dziad się ciałem wyzwalał
z traw, gdzie koza wełnianym legła puchem.
Cztery byty jednym rzutem wzniósł, Endymion.
Po zwycięstwie nie spoczywa w śnie, by młodnieć,
łowca głów przemieszczonych w kręgach, w warstwach.
Kochanek muz, kolorów,
toreador i toro,
mierząc w sedno nieuchwytne, przepastne,
w mózg uderza niechybnie, niezawodnie.I odkształca na wyrost, na wylot.
Wynalazca ciał plastycznych ekstraktów.
Wichrowatych perspektyw.
Szlachetny eutektyk.
Symetryczny jak instrument, jak aktor,
w swoją własną rzeczywistość wychylon.
Tłumy gapiów zza mieszczańskich tęgich płotów
zaglądają — nie miarkując, nie pojmując
dlaczego tak się targa.
A przecież żadna warga
nie wypowie, ręce nie wymalują
znaku Łaski — narzędziami robotów.