Teraz się zwierzę
z tomu Poemat nielogiczny (1949)
z grzechu, z sekretu o poincie.
Pointa to ostatnie pchnięcie,
có bezlitośnie w mózg uderza.
To błysk, to trzask, to stal na krzemień.
Wiersz szemrze, wiersz zwierzęciem drzemie,
mięsisty, senny, płowy, dziki,
i nagle zrywa się okrzykiem.
Zatriumfował, zakołował,
uderzył, przebił — poszybował.
I nie ma nic, minęły słowa.
Został się tylko dreszcz.
To jest pointa, ta klasyczna,
ta skamandrycka, heroiczna.
Gdzie prawie cały wiersz był po to,
żeby pointą załopotać.
Ale gdy temat wierszem chwieje,
strofa się słania, blednie, mdleje,
poeta sztukmistrz, mag, powróślarz,
konopiarz zabobonny, guślarz,
wydrze ze swego uroczyskatakie zielone, takie młode
słowo, na zdrowie, na urodę,
i wiersz jak za magicznym ciągiem
pod prąd sprężonym poprze pstrągiem.
Wiersz, szrapnel, ledwo z dźwięku uszedł,
a już zakwitnie pióropuszem.
Jak rzeki w zapóźnionym maju
jęczącą śmierci pieśń śpiewają
coraz wyraźniej, coraz bliżej
i coraz chyżej, coraz wyżej,
aż wreszcie — pęka jak po szynie
tafla —
i rzeka płynie.
Tak to bywało, nie tak dawno,
i jeszcze czasem gdzieś tak bywa,
lecz dziś pointa się rozpływa
na cały wiersz.
Dzisiaj pointą, rzeką spławną,
toczą się strofy, płyną słowa,
od źródeł po zatoki owal,
gdzie wiersz w goryczy jakby w wątku
tonie, szumiący od początku.
Dziś chwycić wiersz, wiersz nowoczesny,
to akt już prawie niedoczesny.
O tym gdzie indziej i inaczej
powiem.