Tintoretto z weneckich lagun

z tomu Strofy o malarstwie (1953)

odpowiedział, odwzajemnił się pieśni.
U słoneczni!, ulotnił,
każdym z przedziwnych dotknięć
ciała świętych i szaty grzesznych —
„Stworzycielu koloratur — jasny magu”
.
Jak drogowskaz stanąłeś przed płótnem
wynalazco wewnętrznych jasności,
łowco widnych błyskawic,
kręgów i chmurnych ławic.
Tropicielu chwał na wysokości
i szarości, i czerni pokutnych.
I za tobą jak za żywą pochodnią
poszli młodzi na przekór świętościom,
zapłonęły sztalugi
frazami twojej fugi.
Akord blasków uderzył ze złością
w struny słońca z niesłychaną melodią.
Przyszedł Grek zamyślony, mistyczny,
młody efeb z dalekiej krainy,
bizantyjski, attycki,
Pawłowy, Homerycki,
wojowniczy, malowniczy, niewinny,
jak achajscy, dziewczęcy królewicze.
I w tym Greku jeszcze pełniej i czyściej
gama świateł zagrała nowym hymnem.
Fiolet krzyknął, zapiał.
Żółć się w oczach roztapia.
Płyną nuty pozornie zimne,
przez powietrze malowane soczyściej.