Krokusy

z tomu Badyle (1932)

Zapalają się w halach przeliliowe krokusy
wybuchają spod śniegu gromadami calemi
płomykami pełgają nad przetartym obrusem
wyjedzonym przez słońce na wylot aż do ziemi
Wiater to je kołysze to je kręci dokoła
pełne pereł świetlanych napęczniałe brzemieniem
dźwięczą kielich o kielich, drżąc czekają na toast,
który spełnią nazajutrz chciwe blasku promienie
I wypiją z krokusów wszystką jasność i zieleń
ledwie tylko rozbłysną nad zamarzniętym światem
lodowatą pokrywę w barwny kilim przemienią
krokusowym impetem i krokusowym światłem
Krętą zdeptaną drogą wracałem do miasta
w poprzek cienie topoli leżały ogromne
i ginąc popielały na szlaku bezdomnych
w mętny wieczór co właśnie z odołków wyrastał
a tam, widziałem miasto utopione w dymie
miasto, powrotny cel mój jednego wieczoru
wracałem z pól wilgotnych i tajemnych borów
okamienionym gnomom zmienić szare imię,
jednym zamachem wykuć w bezdusznym kamieniu
ciepło pszenic dojrzałych i gorąco maków
dreszcz gonionych po niebie przez jastrzębia ptaków
i cichą rezygnację kwiatów mrących w cieniu
wróciłem, ludzie na mnie nie patrzyli wcale
nie pytali co niosę, dlaczegom radosny
nie czuli, że rzuciłem pełny tobół wiosny
w wygracowane ścieżki anemicznych alej
i zaraz na asfaltach wybuchały wrzosy
a domy kostropate umaiła trawa
nareszcie przetykany zielenią parawan
porozdzielał tłum gwarny i przytłumił głosy.