Poemat nielogiczny

z tomu Poemat nielogiczny (1949)

W poemat trochę nielogiczny
staram się wtłoczyć kilka spraw,
dość że tak powiem egzotycznych;
zastrzec się muszę, to nie traf,
że mówię o tym lub o tamtym.
Poemat ten to jakby pamflet
na dosyć dziwny dziś stosunek
ludzi do zjawisk prostych zgoła.
Ale to tylko jest rachunek,
nie jakieś ratunkowe koła,
które ginącym chciałbym rzucić,
nie myślę też nikogo cucić
ani nawracać, ani kazać.
Chcę poematem tym wykazać,
że każdy mógłby, gdyby chciał,
rozważyć sobie wszystkie za
i wszystkie przeciw mojej tezie.
I mógłby myśleć, ile wlezie.
Myśląc, dochodzi się do wniosków;
stosując wnioski — po mistrzowsku
można korzystać z doczesności,
oddając sztuce, jak miłości,
wszystkie najintymniejsze chwile.
Poić się można, sycić stylem
Cimabuego i Picassa,
czytać Rimbauda, Lorkę, Tassa
poświęcić część wolnego czasu
dla pana Jana z Czarnolasu,
i z całkiem innych znowu racji
dla wieszczów Wielkiej Emigracji.
Dzisiejszych także trzeba czytać,
bo jeśli ktoś się raptem spyta:
„Znasz może tego lub tamtego,
poetę zakwitającego?”
To nie wystarczy odpowiedzieć:
„Znam”
, bo z nim byłeś na obiedzie.
Chociaż to nawet i wypada
dobre obiady czasem jadać
w gronie uczonych i pisarzy.
Zupełnie milo się pogwarzy
o rzeczach niekoniecznie wiecznych.
Pisarz to człowiek niebezpieczny
tylko dla najbliższego grona
dopóki żyje, bo jak skona
zastyga w białe bryły gipsów
w holach muzeów, wystaw, IPS-ów,
mimo pazurów i lwiej grzywy
monumentalnie nieszkodliwy.
Na ogół o literaturze
mało się wie — w dole czy w górze.
A do poezji właśnie góra
* I co już teraz bywa rzadsze —
czasami warto być w teatrze
na dobrej sztuce.